Bourbon Vanilla Tallow Balam: No, Serio, To Działa
Siedziałem tak, chyba w czwartek wieczór, i scrollowałem Etsy po raz setny szukając czegoś na spierzchnięte ręce. Zima tego roku, nie wiem czy zauważyliście, ale powietrze jest takie… suche. Jak w zamrażarce. I trafiłem na to. Balam z łoju wołowego. Bourbon Vanilla. Pomyślałem sobie „łój? Na twarz? Serio?”. Ale cena nie była z kosmosu, a opis brzmiał jakby to pisała jakaś babcia z warmińskiej wsi, a nie korporacja. Kliknąłem. I tak się zaczęło, moja przygoda z tallow skincare, czyli po polsku – smarowaniem się tłuszczem z krowy. Brzmi dziwnie, wiem. Ale posłuchajcie.
Bo pierwsza myśl każdego normalnego człowieka to: beef tallow skincare? Toż to do smażenia frytek, a nie na buzię. Moja też taka była. Wyobraziłem sobie słoik sadła. Ale potem, nie wiem, zacząłem czytać. To nie jest zwykły tłuszcz. To łój (czyli tallow) z krów karmionych trawą, ubity na puszystą, lekką konsystencję. Robione we Francji. I podobno jego struktura jest bardzo, bardzo podobna do ludzkiego sebum, tego naturalnego olejku naszej skóry. Dlatego ma tak dobrze wchłaniać. Dla suchej skóry, egzemy, spierzchniętych rąk. No i ten zapach – bourbon vanilla. Ciepły, taki kojący. Postanowiłem zaryzykować. Co najgorszego mogło się stać?
Jak to w ogóle przyszło mi do głowy żeby używać tallow na twarz
Było późno, może 23:47. Piłem piwo i oglądałem jakiś badziew w tv. Dłonie miałem w takim stanie, że aż wstyd. Suche, zaczerwienione przy kostkach, czasem nawet pękały. Próbowałem wszystkiego. Drogich kremów z apteki, tych „bomb” nawilżających, maści na noc. Działało na godzinę, dwie. Potem znowu było sucho. A tu ten słoiczek patrzy na mnie z ekranu. Myślę sobie – no dobra, ludzie od wieków używali łoju do skóry. Indianie, dawni rzemieślnicy żeby zabezpieczać dłonie. Może w tym szaleństwie jest metoda? Czy tallow jest dobry dla skóry? Teoretycznie tak, skoro jest tak podobny do tego, co nasza skóra sama produkuje. To nie jest obca, silikonowa substancja. To coś, co skóra może rozpoznać. Kupiłem. Czekałem na paczkę z mieszanymi uczuciami.
Przyszła w szarym papierze. Zapomniałem już prawie, że zamawiałem. Rozerwałem. W środku ładny, szklany słoiczek. Zakręcany. Otworzyłem. I tu była pierwsza niespodzianka.
Nie pachniało wołowiną. Ani mięsem. Ani smalcem. To był… no, zapach wanilii. Ale nie tej sztucznej, lodowej. Tylko takiej ciepłej, prawie jak waniliowy likier, który czuć w cieście. Bardzo delikatny. Uspokajający. Konsystencja? To nie było sadło. To było ultra lekkie, puszyste, jak bita śmietana, tylko bardziej… tłuste? Wziąłem odrobinę na palec. Było zimne. Wmasowałem w grzbiet dłoni. I tu druga niespodzianka – zniknęło. Wchłonęło się kompletnie. Nie zostawiając tłustej, lepkiej warstwy. Tylko skóra była po prostu… miękka. Nie „nawilżona” w tym sztucznym sensie. Po prostu wygładzona. Spokojna. To było dziwne. Dobre dziwne.
Dlaczego wołowy łój na skórę wcale nie jest głupim pomysłem
Bo słyszę to cały czas. „Jak możesz się tym smarować?”. Albo „ale to jest dla skóry?”. I ok, brzmi to ekstremalnie. Ale pomyślcie logicznie, bez tego całego marketingowego bełkotu.
Nasza skóra produkuje sebum. To mieszanina różnych tłuszczów, żeby tworzyć barierę ochronną. Chroni przed zimnem, wiatrem, utratą wody. Zimą, przy ogrzewaniu, ta bariera się rozwalta. Staje się nieszczelna. Wtedy wsmarowujemy w nią kremy. Większość kremów to woda, emolienty (które siedzą na skórze) i konserwanty. Skóra musi się przez to przebijać. Tallow balm benefits polegają na czymś innym. Łój wołowy (ten dobry, z ekologicznych hodowli) ma bardzo podobny profil tłuszczowy do ludzkiego sebum. To znaczy, że skóra go rozpoznaje. „A, to jest moje!”. I wchłania głęboko, naprawiając tą barierę od środka, a nie tylko nakładając plaster na wierzchu.
To nie jest nowy pomysł. To jest stary, zapomniany pomysł. Nasze prababcie używały łoju czy smalcu gęsiego na popękane pięty. Po prostu zapomnieliśmy, że natura czasem wie lepiej. Więc odpowiadając na pytanie is tallow good for skin – z mojego doświadczenia, tak. Szczególnie jeśli twoja skóra jest sucha, wrażliwa, skłonna do podrażnień. To nie jest cudowny eliksir na zmarszczki. To jest solidna, podstawowa odżywka. Jak dobra, treściwa zupa dla zmęczonej skóry.
Mój słoiczek jest z małego sklepu na Etsy. Nie będę tu reklamował, ale jak sobie googlujecie „whipped tallow balm” to na pewno traficie. Ważne, żeby szukać tego z łoju od krów karmionych trawą (grass-fed). To robi różnicę.
Co się stało z moją skórą po paru tygodniach
Nie będę kłamał, że obudziłem się z cerą noworodka. Ale.
Używam głównie na dłonie i na twarz wieczorem, po umyciu. Na początku z ciekawości. Potem z przyzwyczajenia. Po tygodniu zauważyłem, że nie muszę sięgać po krem do rąk dziesięć razy dziennie. Raz rano, raz wieczorem wystarcza. Skóra na kostkach, która zawsze była problematyczna, przestała być czerwona i napięta. Stała się po prostu… normalna. To największy komplement jaki może dostać skóra.
Na twarzy – używam oszczędnie, bo nie lubię ciężkich tekstur. A to wchłania się naprawdę szybko. Zimą, po wyjściu spod gorącego prysznica, kiedy twarz chce eksplodować od suchości, nałożenie tego jest jak… no, jak założenie miękkiego, niewidzialnego szalika. Zabezpiecza. Rano skóra jest spokojna. Nie świeci się nadmiernie, nie jest ściągnięta.
A ten zapach. Bourbon Vanilla. To nie jest perfumowany kosmetyk. To jest ten ciepły, waniliowy aromat, który unosi się na sekundę gdy otwierasz słoik. Potem znika. Ale wieczorem, kiedy się smarujesz, to taki mały, uspokajający rytuał. Jak zapach ciasta pieczonego w domu. Działa na stres. Serio. Przynajmniej na mój.
Mój kolega mnie zapytał, czy to nie zapcha porów. Z mojego doświadczenia – nie. Moja skóra jest normalna, czasem skłonna do niedoskonałości. A ten balam wydaje się ją wyciszać. Pewnie dlatego, że kiedy bariera jest zdrowa, skóra się nie broni, nie produkuje nadmiaru sebum. To takie koło się zamyka.
Kupiłbym to jeszcze raz?
Jestem już przy drugim słoiczku. Pierwszy skończył się po dwóch miesiącach, używany przez dwie osoby (bo żona też podkradała). Zamówiłem następny, zanim ten się całkiem skończył. To chyba najlepsza rekomendacja.
Nie mówię, że to jest dla każdego. Jeśli kochasz lekkie, żelowe tekstury, to to nie będzie to. To jest produkt dla tych, którzy mają suchą, wymagającą skórę i są zmęczeni nakładaniem kremu co godzinę. Albo dla tych, którzy po prostu są ciekawi. Dla sceptyków takich jak ja.
Bo najpierw myślisz „beef tallow na twarz, co za obciach”. A potem, po tygodniu, twoje dłonie nie przypominają wyschniętej ziemi. I zaczynasz myśleć, że może te nasze babcie jednak coś wiedziały. Może nie wszystko, co nowe, jest lepsze. Czasem trzeba wrócić do podstaw. Do czegoś prostego.
Więc tak. Przeszedłem drogę od sceptyka do użytkownika. Moje łokcie nie były tak gładkie od… nie pamiętam kiedy. A zapach wanilii w łazience o 23:00 to teraz mój sygnał, że dzień się kończy i można odpuścić. To przyjemne.
Krótkie pytania, które często dostaję
Czy łój wołowy (tallow) jest dobry na twarz? Z mojego doświadczenia – tak, szczególnie na suchą, wrażliwą lub bardzo wysuszoną skórę. Działa, bo jest podobny do naturalnego sebum skóry, więc ją odżywia i naprawia barierę ochronną, a nie tylko maskuje problem. To nie jest cud, ale bardzo dobra, podstawowa pielęgnacja.
Czy tallow balm zapcha pory? U mnie – nie. Wręcz przeciwnie. Ponieważ skóra jest dobrze odżywiona i ma szczelną barierę, wydaje się produkować mniej sebum „w panice”. Ważne, żeby używać odrobinę i wybierać tallow dobrej jakości (z krów karmionych trawą, dobrze oczyszczony). Konsystencja jest lekka i się wchłania, nie leży na skórze.
Jak pachnie ten balam Bourbon Vanilla? Ciepło. To nie jest słodka, lodowa wanilia. To taki głęboki, lekko „pikantny” waniliowy zapach. Trochę jak wanilia w cieście, trochę jak dojrzały lasek wanilii. Jest bardzo delikatny, unosi się tylko przy nakładaniu. Usypia mnie. W pozytywnym sensie.
No więc tak to wygląda. Dziwne? Trochę. Działa? U mnie – tak. Jeśli twoja skóra w tej zimie przypomina pustynię, może warto spróbować czegoś prostego. Czasem te najprostsze rozwiązania są najlepsze. A ja idę nałożyć trochę na dłonie, bo właśnie wróciłem z zimna. Działa.
