← Back to all articles

Ananasowy balsam z łoju wołowego: Czy to w ogóle ma sens? Moja skóra mówi tak.

2026-01-15 · Pineapple

Siedzę, o, może z tydzień temu, i patrzę na swoje dłonie. Wyglądają jak mapa spękań. Zima, kaloryfery, mycie rąk co pięć minut. Totalna porażka. Nawet ten drogi krem z apteki, CeraVe tam czy coś, nic. Tylko się smaruję i smaruję, a skóra dalej sucha, czasem aż boli. W głowie mi się przewinęło: może spróbować tego łoju? Łój wołowy. Na twarz. Brzmi jak żart, prawda? Ale już byłem tak zdesperowany, że kliknąłem w jakiś mały sklep na Etsy, który robi balsam z łoju (tallow balm) o zapachu ananasa. Ananas. Trochę jak ucieczka od tej szarej, zimowej rzeczywistości.

Jak w ogóle wpadłem na pomysł smarowania się łojem

To było w środku nocy, może pierwsza. Nie spałem. Piłem herbatę i scrollowałem bez celu. Prawa dłoń swędziała tak, że myślałem, że sobie żyły wydrapię. Pamiętam, że miałem na sobie te stare, dziurawe skarpety. I tak sobie myślę: „No dobra, ludzie kiedyś nie mieli La Roche-Posay. Czym się smarowali?”. Wpadłem w jakąś dziurę internetową o tradycyjnych sposobach. Tłuszcz. Lanolina. No i łój wołowy (beef tallow). Szczerze? Myślałem, że to jakaś ekstremalna, dziwna moda. Ale potem trafiłem na ten sklep. Francja, łój z krów karmionych trawą, ubity na puszystą masę. I ten opis zapachu: „tropikalna ucieczka”. W środku zimy. To brzmiało absurdalnie, ale też jakoś… kusząco. Zamówiłem. Z ciekawości. I z desperacji.

Wcześniej testowałem różne rzeczy. Ten balsam NIVEA w niebieskim pudełku – zostawiał tłusty film, nic nie wchłaniał. Droższy krem do rąk od Kiehl's – ładnie pachniał, ale efekt był marny po dwóch godzinach. Nawet maść z witaminą A z apteki, którą poleciła farmaceutka, pomagała na chwilę. A potem znowu: skóra spięta, sucha, nieprzyjemna w dotyku. Miałem już dość wydawania pieniędzy. Naturalna pielęgnacja skóry? Czemu nie, skoro nic innego nie działa.

Pierwsze wrażenie: Pachnie jak wakacje, wygląda jak… no, łój

Paczka przyszła szybciej, niż myślałem. Słoiczek był mały, solidny. Otworzyłem. I wow. Zapach. To nie był sztuczny, słodki ananas z płynu do naczyń. To było… dojrzałe. Owocowe, ale takie z głębią. Trochę słoneczne. Naprawdę pachniało jak lato. Jak wspomnienie wakacji. To był pierwszy, ogromny plus. Sam balsam wyglądał jak bardzo, bardzo gęsta, ubita śmietana. Kolor kości słoniowej. Konsystencja… no, tłusta. Ale w dotyku nie była ciężka. Trzeba go było trochę rozetrzeć w dłoniach, żeby się rozpuścił. I tu była moja główna obawa: czy to nie zostawi mnie jako tłustej, błyszczącej plamy? Nałożyłem odrobinę na wierzch dłoni. Rozsmarowałem. I… wsiąkł. Serio. Nie po pięciu minutach, ale prawie od razu. Nie było tego tłustego filmu. Skóra była po prostu… nawilżona. Miękka. Nie „obłożona” kremem. To było dziwne uczucie. Dobre dziwne.

Zacząłem używać regularnie. Rano i wieczorem na dłonie. Potem, ośmielony, trochę na twarz, szczególnie na policzki, które zimą zawsze mi się łuszczą. I wiecie co? To działało. To naprawdę, naprawdę działało. Przeczytałem potem, że łój do skóry ma budowę podobną do ludzkiego sebum. Dlatego tak dobrze się wchłania i nie zatyka porów. To ma sens. Nasza skóra rozpoznaje ten tłuszcz, wie, co z nim zrobić. Nie traktuje go jak intruza.

Mój mały, losowy wątek: kiedy czekałem na paczkę, zacząłem czytać o historii łoju. Używano go do wszystkiego: od smarowania skóry, przez gotowanie, po konserwację skóry. To był taki uniwersalny surowiec. Myślałem o tym, smarując ręce tym ananasowym balsamem. Trochę surrealistyczne. Postęp cywilizyjny dał nam syntetyczne substancje w pięknych opakowaniach, a rozwiązanie problemu mojej suchej skóry przyszło w słoiczku z czymś, co ludzie używali od tysięcy lat. Trochę to zabawne.

Moja skóra po kilku tygodniach: Nie poznaję swoich łokci

Po około dwóch, trzech tygodniach zauważyłem prawdziwą różnicę. Nie chodziło już tylko o to, że po nałożeniu kremu jest gładko. Chodziło o stan skóry między aplikacjami. * Dłonie: Przestały pękać przy kostkach. To był największy problem. Teraz skóra jest elastyczna. Nawet po umyciu rąk nie czuję tego natychmiastowego, nieprzyjemnego ściągnięcia. * Twarz: Policzki są spokojne. Zero łuszczenia. Używam go jako ostatniego etapu wieczorem, po wszystkim. Rano skóra jest wygładzona, ale nie tłusta. * Łokcie: O, to najlepszy przykład. Miałem zawsze suche, „szorstkie” łokcie. Nie pomagało nic. Teraz są… gładkie. Normalne. Nie wiem, od kiedy ich tak nie miałem.

To nie jest „cudowny produkt”, który zmienia wszystko w jeden dzień. To jest po prostu bardzo, bardzo skuteczne naturalne nawilżenie. Skóra przestaje być problemem, o którym ciągle myślę. Po prostu jest w dobrej formie. I ten zapach ananasa zawsze poprawia mi humor. To taki mały, słoneczny rytuał w środku ponurego dnia. Szczególnie teraz, zimą.

Zamówię jeszcze raz? Tak, już to zrobiłem

Słoiczek, choć mały, starcza na długo, bo naprawdę nie trzeba dużo. Ale ja i tak już zamówiłem kolejny. Na zapas. Bo nie chcę zostać bez niego. I przy okazji wziąłem jeden dla mojej mamy, która zawsze narzeka na bardzo suchą skórę i egzemę na dłoniach. Jestem ciekaw, co powie. Chociaż pewnie najpierw będzie dziwnie patrzeć na słoik z „łojem”. Trzeba jej będzie wytłumaczyć.

Jeśli ktoś się zastanawia nad wypróbowaniem czegoś takiego, ale brzmi to dla niego zbyt dziwnie – rozumiem. Miałem tak samo. Ale z mojej strony to nie jest reklama, tylko zwykła relacja. Po prostu znalazłem coś, co działa. Dla mojej konkretnej, zimowej, spierzchniętej skóry. A fakt, że pachnie przy tym jak drink na plaży, to tylko miły dodatek. Jeśli macie dość kremów, które obiecują góry, a dają tylko chwilową ulgę, to balsam łojowy na problemy skórne może być wart zastanowienia. Ja swojego nie zamieniam na nic innego.

Krótkie pytania, które sam bym zadał

Czy łój wołowy jest dobry na twarz? Według mojego doświadczenia – tak. Szczególnie na suchą, wrażliwą lub podrażnioną skórę. Ponieważ jego skład jest podobny do naturalnych olejów naszej skóry, po prostu ją „uzupełnia”, a nie oblepia. Moja skóra twarzy go zaakceptowała bez żadnych problemów.

Czy balsam z łoju zatyka pory? U mnie – nie. Wręcz przeciwnie, wchłania się bardzo szybko i nie zostawia tłustej warstwy. To nie jest ciężka, okluzyjna maść. To właśnie ta zgodność z sebum sprawia, że skóra go przyjmuje, a nie odrzuca.

Jak pachnie ten ananasowy balsam z łoju? Pachnie… jak dojrzały, słodki ananas. Ale nie sztucznie. To jest owocowy, tropikalny zapach, który naprawdę kojarzy mi się z latem i wakacjami. Jest dość wyraźny po nałożeniu, ale po wchłonięciu zostaje tylko bardzo delikatna, przyjemna woń. To fajny kontrast z samą koncepcją produktu.

No więc tak. To moja historia z ananasem i łojem. Dziwna? Pewnie. Działa? Dla mnie – zdecydowanie tak. Jeśli twoja skóra też się buntuje, szczególnie o tej porze roku, może warto dać szansę czemuś… nieoczywistemu. Ja nie żałuję.

Whipped Tallow Balm - Pineapple

Whipped Tallow Balm - Pineapple

Grass-fed whipped tallow balm

Shop on Etsy