Gruszka i łój wołowy: czy to w ogóle ma sens? Mój eksperyment z balsamem tallow
No dobra. Muszę o tym napisać, bo to jest jedna z tych rzeczy, o których myślisz „nie, to bez sensu”, a potem nagle okazuje się, że to jedyna rzecz, która działa. Mowa o balsamie z łoju wołowego. Tak, wołowego. Z gruszką. Kupiłam to z ciekawości, po kolejnej porażce z drogim kremem z Rossmanna. Zimą moja skóra to jest dramat, sucha, ściągnięta, czasem aż piecze. A ten tallow balm w wersji 'Pear'… no cóż. Zaskoczenie.
Był taki moment, chyba w połowie stycznia, godzina może 22:30, siedziałam w tej swojej rozciągniętej bluzie i patrzyłam na słoik kremu La Roche-Posay Cicaplast. Pięknie się nazywa, ładnie wygląda, wszyscy go chwalą. A na mnie? Robił takie… nic. Albo gorzej, czasem czułam jakby skóra pod nim się dusiła. Miałam wrażenie, że ten krem siedzi na wierzchu, a pod spodem jest ta sama sucha, napięta powierzchnia. Wydałam na niego prawie 70 złotych. Klasyka. Złość mnie wzięła, taka ta cicha, bo przecież to tylko krem, ale jednak. Szukając czegokolwiek innego, natknęłam się na Etsy na sklep z kosmetykami z łoju. Pomyślałam: „no jasne, teraz jeszcze smalec na twarz. Idealnie”.
Jak w ogóle wpadłam na pomysł, żeby smarować się łojem
Szczerze? Z desperacji. I przez tę całą gadkę o „naturalnej pielęgnacji”, która brzmi często jak ściema. Ale potem trochę poczytałam, tak pobieżnie, przy kawie. Chodzi o to, że łój (tallow) z krów karmionych trawą, po odpowiednim przetworzeniu, ma strukturę bardzo podobną do ludzkiego sebum. To nie jest tak, że nakładasz na twarz kawałek boczku. To jest ten tłuszcz, który się ubija, pasteryzuje, aż powstaje coś w rodzaju masła. Skóra podobno go rozpoznaje i wchłania naprawdę głęboko. Brzmiało logicznie, ale też kompletnie dziwacznie. Pomyślałam – spróbuję na dłonie i łokcie, najgorszy przypadek, posmaruję buty. Zamówiłam ten z gruszką, bo opis mówił o „lekkim, świeżym zapachu”, a nie chciałam czegoś ciężkiego. Czekałam na paczkę z mieszanymi uczuciami.
Przyszedł w takim małym szklanym słoiczku, ładnie zapakowany. Produkcja Francja. Otworzyłam i… no. Zapach. To nie jest typowy, słodki zapach kosmetyczny. To jest bardziej taki… owocowy, ale nie sztuczny. Jak dojrzała gruszka, ale taka z kawałkiem sera. Trochę ziołowy posmak? Trudno to opisać. Nie pachnie kremem. Pachnie naturalnie. Konsystencja jest gęsta, ale jak się weźmie odrobinę na palec, to pod wpływem ciepła ciała momentalnie się rozpuszcza, robi się oleista. Na twarzy to wygląda tak: bierzesz naprawdę mało, rozgrzewasz między palcami i wklepujesz. Na początku jest tłustawo. Przez kilka minut.
Co się stało z moją skórą po kilku tygodniach
Pierwsza noc: posmarowałam całą twarz, szyję. Zasnęłam z myślą, że obudzę się obsypaną pryszczami. Obudziłam się z miękką twarzą. To nie był olśniewający blask. To było po prostu uczucie, że skóra jest… odżywiona. Nie sucha. Nie napięta. Normalna. To było dziwne. Używałam dalej, tylko wieczorem. Po tygodniu zauważyłam, że te suche, czerwone placki przy skroniach, które miałam od zawsze, po prostu zniknęły. Nie były zamaskowane kremem. Ich nie było. Moje łokcie, które wyglądały jak u jaszczurki, stały się gładkie. Nie idealnie, ale gładkie. Przestałam używać podkładu pod oczy, bo skóra tam nie była taka pomarszczona i sucha.
I tu jest różnica między tallow a tymi komercyjnymi produktami. Te sklepowe kremy często tworzą film na skórze. Są pełne emolientów, silikonów, które dają chwilowe uczucie gładkości. Tallow wchłania się i po prostu przestaje być widoczny. Skóra go zjada. Nie ma warstwy. Jest po prostu skóra w lepszej kondycji. To nie jest „nawilżenie” z butelki. To jest jak nakarmienie jej czymś, co rozumie. Brzmi górnolotnie, ale tak to czułam. Mój mąż, który nigdy nie komentuje takich rzeczy, powiedział: „O, wyglądasz… wypoczęta”. To znaczyło, że skóra nie jest szara i zmęczona.
Czy kupiłabym to jeszcze raz? I dla kogo to jest
Jestem już przy drugim słoiczku. Zamówiłam od razu dwa, jak zobaczyłam, że pierwszy się kończy. To nie jest tanie, ale ten słoik starcza na wieki, bo używa się naprawdę małej ilości. Dla mnie to się zwraca, bo przestałam kupować pięć innych balsamów, kremów pod oczy i maseczek.
Komu bym to poleciła? Na pewno osobom z bardzo suchą, wrażliwą skórą. Takiej, która reaguje na wszystko. Albo takiej, która po 30-stce nagle stała się sucha i nie wiesz, co z nią zrobić. To też świetny produkt na zimę, na mróz i wiatr. Zabezpiecza skórę tak, jak żaden krem z filtrem nie potrafi. Ale uwaga: to nie jest produkt dla osób, które lubią uczucie „czystej”, matowej skóry po nałożeniu kremu. Przez pierwsze 10-15 minut skóra jest wilgotna, odżywiona. Potem to mija. To wymaga przyzwyczajenia.
Jeśli jesteś ciekawa, ja swój tallow balm w wersji 'Pear' znalazłam w małym, rodzinnym sklepie na Etsy. Nie podam nazwy, żeby nie wyglądało na reklamę, ale jak poszukasz „whipped tallow balm Poland” czy coś w tym stylu, to na pewno trafisz. Oni robią to ręcznie, w małych partiach. To widać i czuć.
Szybkie pytania, które mi zadają
Czy łój wołowy jest dobry na twarz? Według mojego doświadczenia – tak, ale to zależy od skóry. Działa, bo jego skład jest bliski temu, co nasza skóra naturalnie produkuje. Wchłania się głęboko, a nie tylko siedzi na wierzchu. Dla suchej, dojrzałej lub wrażliwej skóry to może być game-changer. Dla tłustej – nie jestem pewna, może być za ciężki.
Czy tallow balm zapycha pory? U mnie – nie. Wręcz przeciwnie. Ponieważ skóra jest dobrze odżywiona, przestaje produkować nadmiar sebum w obronie przed wysuszeniem. Moje pory, o dziwo, wyglądają na mniejsze. Ale to bardzo indywidualna sprawa. Zasada jest taka: nakładaj bardzo, bardzo małą ilość.
Jak pachnie ten tallow balm z gruszką? To nie jest zapach perfumowany. To jest lekko słodki, owocowy aromat, ale z tą charakterystyczną, ciepłą nutą łoju w tle. Nie jest intensywny. Po nałożeniu praktycznie go nie czuć. To nie jest typowy „kosmetyczny” zapach. To bardziej naturalna woń. Albo się polubi, albo nie.
No więc tak. Zaczęło się od złości na drogi krem, a skończyło na łoju wołowym w słoiku. Życie pisze dziwne scenariusze. Moja skóra jest spokojniejsza niż kiedykolwiek. Nie twierdzę, że to cud dla wszystkich, ale jeśli twoja skóra jest kapryśna, sucha i zmęczona komercyjnymi produktami… no. Może warto spróbować. Ja już nie wracam do starych metod.
