Gruszka i łój wołowy: Co się stało z moją skórą tej zimy
Znowu to samo. Zima, kaloryfery, i moja twarz jak mapa pustyni. Sucha, napięta, czasem aż bolesna. A ręce? Zapomnij. Jak papier ścierny. Stałam tam, w łazience, chyba koło dziesiątej wieczorem, i patrzyłam na ten arsenał kremów. La Roche-Posay Cicaplast, który kosztował majątek. Zwykła wazelina. Jakiś balsam z apteki, który obiecywał cuda. I nic. Zero. Tylko ta uczucie, że nakładam warstwę czegoś, co siedzi na wierzchu i się świeci. Albo wsiąka i po godzinie jest tak samo. Miałam już dość.
Wtedy trafiłam na ten słoiczek. Whipped Tallow Balm, wersja Pear. Tłuszcz wołowy na twarz. Serio. Pomyślałam, że ktoś sobie żartuje. Ale było już tak źle, że pomyślałam – a czemu nie? Gorzej już nie będzie. Zamówiłam z jakiegoś małego sklepu na Etsy, który robi to ręcznie we Francji. Czekałam i myślałam, że chyba oszalałam.
Jak w ogóle wpadłam na pomysł tłuszczu na skórę
To było przez przypadek. Scrollowałam coś wieczorem, piwo w ręce, a kot patrzył się na mnie takim wzrokiem, jakby wiedział, że zaraz zrobię coś głupiego. Trafiłam na forum, gdzie ludzie gadali o naturalnej pielęgnacji. I ktoś rzucił: „tallow”. Łój. Tak, ten sam, od krowy. Myślałam, że to jakiś żart retro, powrót do czasów babć.
Ale potem zaczęłam czytać. I to ma sens, jeśli się nad tym zastanowić. Ten łój, szczególnie od krów karmionych trawą, jest podobny w strukturze do ludzkiego sebum. To taki nasz naturalny olejek. Więc skóra go rozpoznaje. Nie leży na wierzchu jak silikonowa maska, tylko wnika. Działa na suchą skórę, łuszczycę, spierzchnięte ręce – wszystko, co mi dokuczało. Brzmiało logicznie. Ale nadal brzmiało… dziwnie.
Pamiętam, jak moja babcia używała smalcu na wszystko. Na okna, na skrzypiące drzwi. Na ręce po myciu podłóg. Może miała rację? A ja wydawałam fortunę w drogerii. To było trochę upokarzające. Więc kliknęłam „kup teraz”. Kosztował mniej niż ten mój „ultra-regenerujący” krem z apteki. Czekanie na paczkę było śmieszne. Czułam się jak konspiratorka.
Pierwsze wrażenie z balsamu łojowego Gruszka
Paczka przyszła w czwartek. Padał śnieg z deszczem, ta obrzydliwa papka. Wróciłam do domu przemoczona, a na schodach stała ta mała koperta. Rozerwałam ją. W środku ten słoiczek. Szklany, solidny. Nie wyglądał jak coś z Etsy, bardziej jak coś z dobrej, małej manufaktury.
Otworzyłam. Zapach. No właśnie. W opisie było: subtelna słodycz, delikatny, owocowy. I wiecie co? To nie była ta sztuczna, dusząca woń gruszki z płynu do naczyń. To było… no. Lżejsze. Świeże. Jak dojrzała gruszka, ale tuż po zerwaniu, jeszcze zielona. Nie wiem, czy to dobrze opisuję. Po prostu nie pachniało kuchnią ani stajnią. To był pierwszy pozytywny szok.
A konsystencja? To było drugie. To nie był tłusty, ciężki łój, który sobie wyobrażałam. Był ubity. Napowietrzony. Jak bardzo gęsta, rozpływająca się śmietana. Wzięłam odrobinę na palec. Było chłodno. Potem, jak rozetarłam na grzbiecie dłoni, po prostu zniknęło. Bez śladu, bez tej tłustej, błyszczącej warstwy. Skóra była po prostu… miękka. Nie śliska. Miękka. To było dziwne. Dobre dziwne.
Zastosowałam na ręce, które wyglądały tragicznie. Suche, zaczerwienione miejsca przy kostkach. Rozsmarowałam. I czekałam. Po dziesięciu minutach musiałam dotknąć jeszcze raz. Bo nie mogłam uwierzyć. Było gładko. Naprawdę gładko. Bez uczucia filmu. To była pierwsza noc, kiedy poszłam spać, a moje dłonie nie swędziały i nie ciągnęły skóry.
Co się działo z moją skórą po kilku tygodniach
Zaczęłam ostrożnie. Najpierw tylko na ręce i na te najsuchsze miejsca na twarzy – przy skroniach, między brwiami. Potem, jak zobaczyłam, że nic się nie dzieje (żadnych wyprysków, żadnego zapchania), poszłam na całość. Wieczorem, po oczyszczeniu, brałam odrobinę tego ubitego łoju i wklepywałam w twarz. I szyję. Bo czemu nie.
Po tygodniu zauważyłam pierwszą rzecz: brak napinania. Zwykle, jak nałożyłam zwykły krem, to po pół godziny już czułam, że muszę coś dołożyć. Tu nie. Rano budziłam się, a skóra była spokojna. Nie przesuszona, nie błyszcząca. Po prostu w normie.
Po dwóch tygodniach zobaczyłam różnicę w dotyku. Ta „mapa pustyni” na policzkach się wygładziła. Nie musiałam się drapać. Makijaż (którego i tak używam rzadko) leżał inaczej. Nie zbierał się w tych suchych skazach. A moje łokcie! Zawsze były szorstkie, takie zaniedbane. Teraz są gładkie. Naprawdę. Jak u niemowlaka? Nie. Po prostu jak normalna skóra, a nie jak kora drzewa.
I tu mała dygresja. Pamiętam, jak byłam mała i moja mama smarowała mi twarz jakimś tłustym kremem na mróz. Nienawidziłam tego. Był biały, gęsty i śmierdział. Ten balsam łojowy Gruszka nie ma z tym nic wspólnego. To nie jest powrót do przeszłości. To jest użycie starego, sprawdzonego składnika, ale w nowej, lepszej formie. Ubitej, lekkiej, pachnącej czymś ładnym. To ważne.
Więc tak, jestem na drugim słoiczku. Ten pierwszy skończył się po około trzech miesiącach używania go dla dwóch osób (bo zaraziłam tym pomysłem mojego chłopaka, który ma problem z suchymi dłońmi od pracy). Zamówiłam kolejny, z tego samego sklepu na Etsy – La Cure Française, chyba tak się nazywa. Nie reklamuję, po prostu stamtąd mam i działa.
Czy kupiłabym to jeszcze raz? No pewnie
Patrząc na ten słoik, który stoi teraz na mojej półce w łazience, obok pasty do zębów, to odpowiedź jest prosta: tak. To nie jest produkt-cud. Nie obudziłam się po trzech dniach z cerą modelki. To jest po prostu solidne, skuteczne nawilżenie, które działa tam, gdzie drogeria zawiodła. Dla suchej, zmęczonej zimą skóry to jest zbawienie.
Nie używam go latem, bo wtedy moja skóra jest inna. Ale od października do kwietnia? To mój must-have. Wrzucam go też do torby na siłownię, żeby posmarować dłonie po myciu. Działa lepiej niż cokolwiek innego.
Jeśli twoja skóra jest sucha, wrażliwa, jeśli masz dość nakładania warstw i zero efektów – to może być warto spróbować. Szczególnie tej zimy. Brzmi dziwnie, wiem. Tłuszcz wołowy. Ale serio, ten jest inny. I działa. To jest chyba najprostsza rekomendacja, jaką mogę dać.
Quick Questions I Get Asked
Czy łój wołowy jest dobry na twarz? U mnie tak, zadziałał rewelacyjnie. Z tego co czytałam, chodzi o to, że jego struktura jest bardzo podobna do olejków, które sama produkuje nasza skóra. Więc ją rozpoznaje i wnika głębiej, a nie tylko się na niej ślizga. To nie jest nowy pomysł, ludzie używali tego od wieków, po prostu teraz wraca w ładniejszej formie.
Czy balsam z łoju zapycha pory? U mnie – zero. Wręcz przeciwnie. Moja skóra się uspokoiła. Myślę, że klucz jest w tym, że to jest czysty, dobrej jakości łój (od krów karmionych trawą), ubity, więc jest lekki. I on się wchłania. Naprawdę. Nie zostawia tej tłustej, błyszczącej warstwy jak wiele ciężkich kremów.
Jak pachnie balsam łojowy Gruszka? No właśnie, to jest fajne. To nie jest intensywny, słodki zapach. To jest bardzo delikatna, świeża woń. Jak dojrzała, ale jeszcze zielonkawa gruszka. Nie dusząca. Czasem po nałożeniu nawet go nie wyczuwam. To nie jest perfumowany zapach, który zostaje na skórze. Po prostu ładny, naturalny aromat samego produktu.
Anyway. Jeśli twoja skóra się buntuje, a ty masz dość wydawania pieniędzy w ciemno – ten mały słoiczek może być dobrą inwestycją. Mój stoi na półce i wiem, że jak znów zaczną się mrozy, to po niego sięgnę. Bez zastanowienia.
