Lawendowy balsam z łoju wołowego: Co się stało z moją skórą po tym, jak rzuciłam drogie kremy
Muszę się przyznać do czegoś. Kupiłam ten cały hype. Ten drogi, ładnie opakowany krem do rąk z apteki. Nivea, Dove, Neutrogena – przerobiłam je wszystkie tej zimy. Ten ostatni, ten w niebieskim opakowaniu od Neutrogeny, kosztował chyba z 40 zł. I co? I nic. Moje dłonie wyglądały dalej jak mapa spękań, zwłaszcza po myciu naczyń albo po prostu po wyjściu na ten mroźny, polski wiatr. To było takie… rozczarowujące. Wydajesz kasę, masz nadzieję, a efekt jest taki sobie. Albo żaden. Więc kiedy natknęłam się na wzmiankę o balsamie z łoju wołowego, konkretnie o tym whipped tallow balm o zapachu lawendy, pomyślałam tylko: „serio? łój? na twarz?”. Ale byłam już tak zdesperowana, że stwierdziłam – a czemu nie. I muszę wam powiedzieć, że to była jedna z lepszych, bardziej losowych decyzji ostatnich miesięcy.
Siedzę teraz w fotelu, a tapicerka jest zimna. Za oknem śnieg prószy od rana, ale taki leniwy. Właśnie skończyłam słoik tej lawendy. I chyba muszę zamówić następny.
Jak w ogóle wpadłam na pomysł łoju na skórę
To było przez totalny przypadek. Scrollowałam gdzieś późnym wieczorem, pewnie koło północy, i trafiłam na artykuł o naturalnej pielęgnacji skóry. A tam, między olejkami i masłami, przewijało się słowo „tallow”. Łój wołowy. Pomyślałam, że ktoś żartuje. Przecież to się je, a nie smaruje na siebie. Ale potem zaczęłam czytać więcej. I to ma sens, jeśli się nad tym zastanowić. Chodzi o to, że łój z trawiastego wołu (bo taki jest podobno najlepszy) ma skład podobny do ludzkiego sebum. Sebum to ta naturalna warstwa ochronna naszej skóry. Więc teoretycznie skóra powinna to rozpoznać i wchłonąć, a nie odrzucić jak jakiś silikonowy wypełniacz z drogerii.
I tak, brzmi to dziwnie. Wiem. Mówię to każdej osobie, której o tym opowiadam. Na początku sama się krzywiłam. „Będę pachnieć jak stek?”. Ale ten konkretny balsam, ten o którym piszę, jest z Francji i jest ubijany na puszystą konsystencję. I pachnie lawendą. Nie wołowiną. To była dla mnie kluczowa informacja, bo uwielbiam zapach lawendy. Uspokaja mnie. A tej zimy mój poziom niepokoju był tak wysoki, że aż słyszałam brzęczenie w uszach. Potrzebowałam czegoś, co będzie działać na dwa fronty: na suchą, spierzchniętą skórę i na rozbiegane myśli przed snem.
Więc zamówiłam. Z małego sklepu na Etsy. Czekałam chwilę, bo przychodziło z Francji, ale opakowanie było ładne, proste, szklany słoiczek. I tak to się zaczęło.
Różnica między tym tallow balm a zwykłym kremem? Ogromna
Okej, więc porównanie. Weźmy ten mój nieszczęsny krem z apteki. Biała, gładka emulsja. Nakładasz – jest mokry, trochę się pieni, wchłania dość szybko. I po godzinie, może dwóch, skóra znów jest ściągnięta. Jakby ten krem tylko przeleciał przez nią, zostawiając lepki film, ale nie robiąc nic głębiej. To było jak nakładanie plastra na pękniętą ziemię. Bez sensu.
A teraz ten łojowy balsam lawendowy. Konsystencja jest inna. To nie jest krem. To jest coś pomiędzy masłem a… no nie wiem, bardzo gęstym musem. Jest gładkie, ale nie lekkie. Trzeba wziąć odrobinę, rozgrzać między palcami i dopiero wtedy nałożyć. I tu jest pierwsza różnica – on się nie „wchłania” w sekundę. On wtapia się. To trwa minutę, może dwie. Skóra go po prostu… przyjmuje. Nie zostawia tłustej, świecącej warstwy. Zostawia uczucie zabezpieczenia. Jakby ktoś nałożył na twoje ręce czy twarz niewidzialną, oddychającą tarczę.
Używałam go głównie wieczorem, jako krem na noc. Nakładałam na twarz, szyję, a potem grubą warstwę na dłonie. Zapach lawendy jest naprawdę przyjemny. Nie taki sztuczny, słodki, jak w płynach do płukania. To jest bardziej ziołowy, suchy, trochę ziemisty zapach. Nie dominuje. Po prostu unosi się przy tobie, kiedy kładziesz się spać. I muszę przyznać, że łatwiej mi się zasypia. To może być placebo, ale nie ważne – działa.
Po tygodniu używania zauważyłam, że rankiem moja skóra nie jest spięta. Po dwóch tygodniach spierzchnięcia na kostkach palców, z którymi walczyłam od listopada, po prostu zniknęły. Nie musiałam już smarować rąk pięć razy dziennie. Raz wieczorem wystarczało. Dla kogoś, kto pracuje przy komputerze i non-stop myje ręce, to była rewolucja.
Moja skóra po kilku tygodniach z łojem
Wygląda… spokojniej. To najlepsze słowo. Nie „promiennie”, nie „odmłodzona” – te słowa brzmią jak z reklamy. Po prostu jest w dobrej formie. Nie swędzi, nie łuszczy się, nie piecze od wiatru. Elastyczność wróciła. Nawet mój mąż, który zwykle nie zauważa takich rzeczy, powiedział, że moje dłonie w końcu nie przypominają papieru ściernego. Wysokie osiągnięcia.
Używałam go też miejscowo na suche łokcie i kolana. Efekt podobny. To nie jest produkt na „natychmiastowy blask”. To jest produkt na długotrwałe naprawienie tego, co zniszczyły mróz, suche powietrze w mieszkaniu i agresywne detergenty. Działa jak najbardziej podstawowa, ale niezwykle skuteczna terapia.
I tu jest clou całej tej natural vs commercial skincare dyskusji. Drogeryjne produkty często mają długie listy składników. Wypełniacze, stabilizatory, kompozycje zapachowe, konserwanty. Ich zadaniem jest ładnie pachnieć, ładnie wyglądać w słoiku i szybko się wchłaniać, żeby klient pomyślał „o, działa!”. Ale czy naprawiają barierę hydrolipidową skóry? Często nie.
Balsam z łoju ma w składzie może ze trzy rzeczy. Czysty łój, może jakiś olejek (tutaj lawendowy) i tyle. Skóra nie musi się przez to przedzierać. Dostaje dokładnie to, czego potrzebuje: tłuszcz najbardziej zbliżony do jej własnego. To takie proste, że aż głupio, że o tym wcześniej nie pomyślałam. Zamiast walczyć z naturą, po prostu jej posłuchałam.
Czy kupiłabym to jeszcze raz? No pewnie
Jestem już przy drugim słoiku. I zamówiłam jeden dla mojej mamy, która ma jeszcze większy problem z suchą skórą zimą niż ja. Była sceptyczna, ale teraz dzwoni i mówi „a ten twój łój… działa”.
Nie będę udawać, że to produkt dla każdego. Dla osoby, która potrzebuje super-lekkiej emulsji pod makijaż rano, może nie być idealny (chociaż używam cienkiej warstwy i jest ok). Dla kogoś, kto nie lubi zapachu lawendy, też nie – ale widziałam, że są wersje bez zapachu lub z pomarańczą. Ale jeśli twoja skóra jest zmęczona, odwodniona, zniszczona zimą, a ty masz dość wydawania pieniędzy na półki pełne nieskutecznych specyfików… to może być strzał w dziesiątkę.
To nie jest magiczna różdżka. To jest po prostu dobry, naturalny środek nawilżający, który robi to, co obiecuje. Bez fanfar. Bez marketingowego bełkotu. Po prostu działa.
Więc tak. Jeśli szukasz najlepszego naturalnego moisturizera, który naprawdę regeneruje, a nie tylko maskuje problem – rozejrzyj się za tallow balm. Szczególnie tym lawendowym, jeśli lubisz się wyciszyć przed snem. Moja skóra jest mu wdzięczna. A ja jestem wdzięczna, że dałam mu szansę, mimo że brzmiał kompletnie absurdalnie.
---
Krótkie pytania, które często dostaję
Czy łój wołowy jest dobry na twarz? Tak, przynajmniej dla wielu osób. Jak pisałam wyżej, jego skład jest podobny do naturalnych olejów naszej skóry, więc twarz go dobrze rozpoznaje i wchłania. Nie zatyka porów, jeśli jest czysty i dobrze przetworzony. Dla mnie sprawdził się lepiej niż wiele kremów do twarz.
Czy balsam z łoju zapycha pory? Nie powinien, właśnie dlatego, że jest tak biozgodny. To nie jest ciężki olej mineralny. To tłuszcz, który skóra potrafi wykorzystać. Oczywiście, każda skóra jest inna, więc warto przetestować na małym obszarze. Ale ogólna zasada jest taka, że nie zapycha.
Jak pachnie ten lawendowy balsam tallow? Pachnie po prostu lawendą. Nie słodko, nie sztucznie. To taki bardziej ziołowy, suchy, nieco ziemisty zapach. Bardzo naturalny. Nie czuć wołowiny, absolutnie. Zapach jest delikatny i ulatnia się po wchłonięciu, zostawiając tylko bardzo subtelną woń. Idealny na wieczór.
No więc tak to wygląda. Moja mała, łojowa rewolucja. Jeśli twoja skóra też się buntuje tej zimy, może warto spróbować czegoś innego. Czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze. A ja idę nałożyć kolejną porcję. Na noc.
