← Back to all articles

Lawendowy balsam z łoju wołowego: Co się stało z moją skórą tej zimy

2026-01-15 · Lavender

Zimą moja skóra robi się taka… papierowa. Wiecie o co chodzi? Nie chodzi nawet o suchość, tylko o to specyficzne uczucie, jakby była cienka, napięta i gotowa pęknąć przy każdym szerszym uśmiechu. Zwłaszcza na policzkach. Wychodzę z ciepłego mieszkania, a ten zimowy wiatr w Warszawie uderza w twarz i mam wrażenie, że słyszę cichy pik. Jakby skóra naprawdę pękała. I wtedy zaczyna się drapanie. A pod oczami robią się takie suche, zaczerwienione placki, że wyglądam, jakbym płakała przez tydzień. Klasyka. Zawsze tak mam od listopada do marca. To jest ten moment, kiedy moja zwykła nawilżająca kremowa rutyna przestaje działać. Po prostu leci w kulki na twarzy i tyle. Więc zaczęłam szukać czegoś innego. I trafiłam na ten cały łój. Balsam z łoju wołowego, akurat lawendowy. Brzmiało dziwnie. Ale spróbowałam. I coś się zmieniło.

Miałam wcześniej całą półkę pełną porażek. Drogie kremy „na zimę”, które były tak tłuste, że czułam się, jakbym smarowała bułkę masłem. Tanie balsamy, które wchłaniały się w pięć sekund i po godzinie znów byłam spierzchnięta. Serum z kwasem hialuronowym, które w teorii miało przyciągać wodę, a w praktyce, przy centralnym ogrzewaniu, po prostu wysychało razem ze mną. Pamiętam, że któregoś wieczoru stałam przed lustrem w łazience, w tej koszulce z reniferem, którą dostajesz co roku od cioci, i myślałam: „No dobra. To teraz co? Smaruję się smalcem?”. I tak w sumie zrobiłam.

Jak w ogóle wpadłam na pomysł z łojem na twarz

To było przez przypadek. Scrollowałam coś późnym wieczorem, może o pierwszej w nocy, i trafiłam na post o „tallow skincare”. Łój wołowy. Myślałam, że to jakiś żart albo powrót do średniowiecznych metod. Ale potem zaczęłam czytać. Chodzi o to, że łój z trawiastego wołu, odpowiednio przetworzony, ma strukturę bardzo podobną do ludzkiego sebum. Czyli tego naturalnego tłuszczu, który produkuje nasza skóra. I przez to ma się lepiej wchłaniać, nie zatykać porów i po prostu „dogadywać” ze skórą, zamiast ją oblewać jakimś obcym silikonem. Brzmiało logicznie. Ale dalej brzmiało… no jakby nie powiem, dziwnie.

Mój mózg krzyczał „to jest tłuszcz od krowy!”, ale moje policzki, które akurat piekły od wiatru, myślały „spróbujmy wszystkiego”. Znalazłam mały sklep na Etsy, który robi takie balsamy. Wybrałam wersję lawendową, bo pisało, że uspokaja i pomaga się zrelaksować przed snem. A ja w zimie i tak mam problemy ze snem, więc pomyślałam – dwa w jednym. Zamówiłam, zapłaciłam te kilkadziesiąt złotych i czekałam. Trochę się bałam, że paczka będzie śmierdzieć kuchenną patelnią.

Pierwsze wrażenie z balsamu lawendowego

Przyszła w małym szklanym słoiczku. Nie śmierdziała kuchnią. W ogóle. Po otwarciu poczułam lawendę. Ale nie taką sztuczną, słodką, z płynu do naczyń. Taka bardziej ziołowa. Sucha. Trochę jak te woreczki z suszonymi kwiatami, które babcia wkładała do szafy. Zapach był mocny, ale nie duszący. Sam balsam wyglądał… no jak balsam. Biały, puszysty, właśnie „ubity”. Konsystencja była ciekawa. Żeby nabrać, musiałam wsunąć palec, bo był dość zwarty. Ale jak wziął go trochę między palce, to się rozpuszczał. Nie wiem, jak to lepiej opisać. Był twardy, a potem miękki.

Nałożyłam pierwszy raz wieczorem. Był zimny. To było dziwne uczucie, bo większość kremów ma temperaturę pokojową. Ten był wyraźnie chłodny. Rozprowadziłam na twarzy. I tu była największa niespodzianka – nie został na wierzchu. Po prostu zniknął. Nie było tej tłustej, błyszczącej warstwy, której się spodziewałam. Skóra była po prostu… matowa. I miękka. Dotknęłam policzka i myślałam, że to złudzenie. Ale nie. Była gładka. Nie lepka, nie tłusta. Po prostu nawilżona. To był pierwszy raz, od bardzo dawna, kiedy po nałożeniu czegoś na noc nie bałam się przykleić do poduszki.

Mój kot, Filemon, przyszedł mnie obwąchać i się speszył. Chyba nie znał zapachu lawendy.

Moja skóra po kilku tygodniach w tej mroźnej kupie

Zima w tym roku jest jakaś bezlitosna. Naprzemian mróz i wiatr, potem odwilż i wilgoć, potem znowu mróz. Koszmar. Zawsze w styczniu moje dłonie pękają przy kostkach, a w kącikach ust robią się takie zajady, że boli się uśmiechać. Zacząłem używać tego łojowego balsamu nie tylko na twarz. Na ręce po myciu naczyń. Na usta przed wyjściem na mróz. Na te suche placki pod oczami.

I wiecie co? Dłonie nie pękły. To jest dopiero coś. Nawet po tym, jak musiałem odśnieżać auto gołymi rękami (zapomniałem rękawic), wystarczyło nałożyć tego balsamu, a skóra się uspokoiła. Nie piekła. Zajady się nie pojawiły. A te policzki? Przestały się robić „papierowe”. Nie ma już tego uczucia napięcia, kiedy wracam do domu. Skóra jest po prostu… spokojna. Nie wiem, jak inaczej to nazwać. Nie jest idealnie gładka, nie wygląda jak u niemowlaka, ale nie sprawia problemów. Nie swędzi, nie piecze, nie pęka.

To jest ta różnica. Wcześniej moja zimowa pielęgnacja polegała na gaszeniu pożarów. Teraz po prostu zapobiegam. Nakładam cienką warstwę wieczorem i rano, i mam spokój. To takie proste, że aż głupio. A jeszcze ten zapach lawendy. Szczerze? Nie wiem, czy on rzeczywiście pomaga na sen, ale na pewno się go przyjemnie wącha. To taki rytuał. Zapalam sobie świeczkę, nakładam balsam, i już wiem, że dzień się skończył. Mózg się wyłącza.

Czy to placebo? Może. Ale moje dłonie nie pękają, a to nie jest placebo. To fakt.

Czy kupiłabym to jeszcze raz? I dla kogo to w ogóle jest

Jestem już chyba na drugim słoiczku. Pierwszy skończył się po dwóch miesiącach, używając go na twarz, ręce i usta. To całkiem dobry wynik. Zamówiłam kolejny, ten sam, lawendowy. Chyba się nie zmienię. Nawet moja mama, która jest sceptyczna wobec wszystkiego, co „modne” w internecie, poprosiła, żebym jej kupiła. Ma problem z bardzo suchą skórą na łokciach i kolanach, zwłaszcza zimą. Dałam jej swój do przetestowania. Zadzwoniła po tygodniu i pytała, gdzie to kupiłam. To chyba najlepsza rekomendacja.

Dla kogo jest ten balsam z łoju? No właśnie. Myślę, że dla każdego, kto ma dość walki z suchą, zimową skórą. Dla osób, które próbowały już wszystkiego i nic nie działało na dłuższą metę. Dla kogoś, kto szuka czegoś prostego, bez dwudziestu składników, których nie można wymówić. I dla kogoś, kto nie boi się trochę niestandardowych rozwiązań. Bo przyznaję – na początku trzeba przełamać opór. „Łój na twarz” brzmi komicznie.

Ale potem się już nie śmieje. Po prostu się smaruje i idzie spać.

Aha, i ten mały sklep na Etsy, gdzie to kupuję, nazywa się chyba „LeBeouf” czy coś takiego. Robią to ręcznie we Francji. Nie wiem, czy mogę podać link, ale jak wpiszesz w Etsy „whipped tallow balm lavender”, to wyskoczy jako pierwszy. Opakowanie jest proste, ładne, szkło i drewniana pokrywka. Przyszło bez problemu.

Krótkie pytania, które dostaję (FAQ)

Czy łój wołowy jest dobry na twarz? Według mnie tak, ale to zależy od skóry. Chodzi o to, że jego skład jest podobny do tego, co sama skóra produkuje. Dlatego nie traktuje go jak wroga i lepiej wchłania. To nie jest taki obcy, chemiczny tłuszcz. Dla mojej bardzo suchej, wrażliwej skóry zimą to był strzał w dziesiątkę.

Czy balsam z łoju zatyka pory? U mnie nie zatkał. Wręcz przeciwnie – wydaje mi się, że skóra się mniej świeci w ciągu dnia, bo jest po prostu lepiej nawilżona od środka. Ale to nie jest żaden cudowny produkt przeciwtrądzikowy. To jest balsam do bardzo suchej, potrzebującej skóry. Jeśli masz tłustą cerę, to może być za ciężki.

Jak pachnie ten lawendowy balsam z łoju? Pachnie jak prawdziwa, suszona lawenda. Taka ziołowa, trochę ziemista, wcale nie słodka. To nie jest zapach „lawendy” z płynu do kąpieli. Jest intensywny, ale przyjemny. U mnie w sypialni unosi się przez chwilę po nałożeniu i potem znika. Nie zostaje na skórze do rana.

A co z tym, że to od zwierzęcia? No tak, to produkt odzwierzęcy. To ważne, żeby o tym pamiętać. Ja osobiście nie mam z tym problemu, ale rozumiem, że dla wegan czy wegetarian to nie będzie opcja. Szukają go z hodowli trawiastych, co dla mnie też było istotne.

Podsumowując? Nie wiem, czy to jest produkt dla każdego. Ale na moją skórę zimową, która zamienia się w pustynię, to akurat okazało się idealne. To nie jest pięknie reklamowany cud w złotym opakowaniu. To jest po prostu dobry, prosty balsam, który działa. I czasem właśnie tego potrzeba. Jak masz podobne problemy o tej porze roku, to może warto spróbować. Mniej gadania, więcej smarowania.

Whipped Tallow Balm - Lavender

Whipped Tallow Balm - Lavender

Grass-fed whipped tallow balm

Shop on Etsy