← Back to all articles

Tallow Balam Lawendowy: No bo jak inaczej wytłumaczyć, że smaruję się łojem wołowym

2026-01-18 · Lavender

Siedzę tu, piwo prawie puste, a za oknem taka zima, że aż skóra pęka. Dosłownie. Dłonie wyglądały jak mapa świata po trzeciej wojnie. I wtedy, chyba koło północy, bo pamiętam, że leciał jakiś głupi film, zamówiłam to. Balam z tłuszczu wołowego. Lawendowy. Brzmi jak żart, wiem. Myślałam dokładnie to samo. Wołowy łój na twarz? Serio? Ale no. Było tak sucho, że myślałam, że mi skóra odpadnie. Więc kliknęłam. A teraz, parę tygodni później, piszę o tym na telefonie, bo to jest jednak trochę szalone, że to działa.

Zacznijmy od tego, że pomysł jest po prostu dziwny. Tłuszcz. Z krowy. Do smarowania się. Kiedy pudełko przyszło, stałam z nim w kuchni i się wahałam. Moja kotka Mela obwąchiwała je podejrzliwie. Na etykiecie ładnie napisane: whipped tallow balm, łój z krów karmionych trawą, ubity na puszystą konsystencję. Robione we Francji. Pachniało… no właśnie. Lawendą. Ale nie taką słodką, sklepową. Taka bardziej ziołowa, sucha, trochę jak u babci na wsi w szafie. To nie był „delikatny aromat” czy „nutki”. Po prostu lawenda. I tyle. Otworzyłam słoiczek. Wyglądał jak bardzo gęsty, biały krem. Wsadziłam palec. Był zimny. I gładki. No, gładki. Nie „jedwabiście gładki”, nie „aksamitny”. Po prostu gładka, tłusta maź. Myślałam: „O Boże, co ja robię”.

Jak to w ogóle przyszło mi do głowy

Wszystko przez ten internet. Albo raczej przez moje łokcie, które wyglądały jak u jaszczurki. Szukałam czegoś naprawdę naturalnego, bez tej całej tablicy Mendelejewa w składzie. I gdzieś tam, pewnie między filmikiem o pieczeniu chleba a recenzją słuchawek, wyskoczyło mi „tallow skincare”. Skin care z łoju. Przewinęłam. Potem wróciłam. Bo zaczęłam czytać.

I tu jest ta niby-nauka, ale w sumie prosta. Skóra ludzka produkuje sebum. Sebum to w dużym uproszczeniu nasz własny tłuszcz, który ją chroni i nawilża. Okazuje się, że skład tłuszczu wołowego, tego z krów jedzących trawę, jest cholernie podobny do naszego sebum. Bardziej niż jakikolwiek olej roślinny. Więc skóra go rozpoznaje. I wchłania. Naprawdę wchłania, a nie tylko siedzi na wierzchu jak taśma samoprzylepna. To nie jest moja teoria, można to sprawdzić, ale nie będę tu linków wstawiać, bo nie o to chodzi. Chodzi o to, że to ma sens. Ludzie smarowali się tłuszczami zwierzęcymi od zawsze. To babcina mądrość, tyle że zapomniana. Moja babcia, jak miała popękane ręce od zimna, to wcierała w nie słoninę. Serio. A my teraz wydajemy fortunę w drogeriach na plastikowe tubki z dziwnymi nazwami.

Więc pomyślałam: no dobra. Spróbuję. Najgorsze, że będę śmierdziała kuchnią rzeźnika. I tak już miałam dość.

Co ten lawendowy balam właściwie robi

Na początku to było po prostu dziwne. Nabierało się odrobinę, rozgrzewało między palcami i wmasowywało. Na ręce, na łokcie. Zimny dotyk, potem się rozpuszczał. Nie znikał od razu, nie „melt into skin” czy te inne marketingowe bzdury. Był tłusty. Przez kilka minut czułam tę warstwę. Ale potem, może po kwadransie, po prostu go nie było. Wchłonął się. A skóra… nie była tłusta. Była po prostu miękka. To nie był „jedwabisty dotyk”. To było uczucie, jakbym wreszcie dała jej to, czego chciała. Jakbym ją napoiła.

Twarz to był kolejny poziom. Bałam się jak ognia, że mnie zapcha, że będę się świecić jak pączek. Ale zima była tak brutalna, że i tak miałam wrażenie, że mi twarz zamarza. Więc pewnego wieczoru, chyba w czwartek, bo akurat leciały wiadomości, nałożyłam bardzo cienką warstewkę. Na wilgotną skórę po myciu. Pachniało lawendą. Tą spokojną, ziołową. To nie był zapach, który woła „hej, jestem!”. Po prostu był. I wiecie co? Rano nie miałam nowych wyprysków. Skóra nie była napięta. Nie świeciła się. Była po prostu w porządku. To było najdziwniejsze. Po prostu spokój.

A moje dłonie? Te popękane, suche, bolesne? Po trzech dniach smarowania wieczorem przestały boleć. Po tygodniu pęknięcia się zagoiły. Nie „widocznie się poprawiły”. Przestały istnieć. Łokcie przestały wyglądać jak papier ścierny. To nie magia. To po prostu tłuszcz. Taki, który skóra rozumie.

I tu muszę się na chwilę zatrzymać, bo właśnie spojrzałam na ten słoiczek. Stoi koło mojej kawy. Mela przestała się nim interesować. Ale ja dalej się dziwię, że to takie proste. Wydajemy setki złotych na kremy z kwasami, peptydami, nie wiadomo czym. A tu jest jeden składnik. No, kilka, bo w wersji lawendowej jest jeszcze olejek lawendowy i trochę witaminy E. Ale baza to po prostu oczyszczony łój (tallow) z krów karmionych trawą. To jest cała filozofia. Zero wody, zero konserwantów, zero fillerów. Dlatego ten słoiczek z Etsy jest taki mały, a starcza na wieki. Bo nie ma w nim powietrza i bzdur.

Moja skóra po paru tygodniach z tym łojem

Nie wyglądam nagle jak nastolatka. Nie zniknęły mi wszystkie zmarszczki. To nie jest eliksir młodości. Ale. Jest po prostu zdrowa. Nie swędzi. Nie łuszczy się. Nie pęka przy każdym wyjściu na mróz. To jest ta ogromna różnica. Uczucie komfortu. Jakbym wreszcie przestała z nią walczyć i zaczęła współpracować. Używam tego balamu głównie wieczorem, jako ostatni krok. Ten zapach lawendy jest… no, uspokajający. Nie „promującym sen”, nie „łagodzącym niepokój”. Po prostu, jak się to wmasuje, to czujesz ten ziołowy, ziemisty aromat i to sygnał dla mózgu, że dzień się kończy. Dla mnie to działa lepiej niż jakieś spraye na poduszkę.

Używam też punktowo. Na naprawdę suche miejsca. Jak ta skóra obok paznokci, która zawsze się strzępi. Albo na usta, jak zapomnę pomadki. Działa. Po prostu.

Czy kupiłabym to jeszcze raz? Już kupiłam. Właśnie czeka na mnie drugi słoiczek, bo ten się kończy. I zamówiłam jeden dla mojej mamy, która ma problem z egzemą na rękach i już była desperacka, próbowała wszystkiego. Powiedziałam jej, że to tłuszcz z krowy. Najpierw się skrzywiła. Potem powiedziała „a spróbuję”. To chyba najlepsza rekomendacja.

Szybkie pytania, które dostaję

Czy łój wołowy jest dobry na twarz? Dla mnie tak, ale to zależy od skóry. Jak masz skłonność do bardzo tłustej cery i zapchanych porów, to może być za ciężki. Ale dla skóry normalnej, suchej, dojrzałej czy wrażliwej – tak. Dlatego, że jego struktura jest bliska ludzkiemu sebum, więc skóra wie, co z tym zrobić i głęboko to wchłania. To nie jest obcy olej roślinny, tylko coś, co rozpoznaje.

Czy tallow balm zapcha pory? U mnie nie zapchał. Wręcz przeciwnie. Ponieważ dobrze się wchłania i odbudowuje naturalną barierę ochronną skóry, może nawet pomóc ją uregulować. Skóra nie musi już produkować nadmiaru sebum, bo dostaje to, czego potrzebuje. Ale to nie jest reguła dla każdego. Trzeba spróbować.

Jak pachnie ten lawendowy balam? Pachnie jak prawdziwa, suszona lawenda. Nie jak cukierki czy płyn do płukania. Taka bardziej zielona, trochę ziemista, ziołowa. Bardzo naturalny zapach. Nie jest mocny, nie utrzymuje się godzinami na skórze. Po wchłonięciu prawie go nie czuć.

No więc tak. To moja historia z łojem wołowym. Brzmi absurdalnie, wiem. Jeszcze pół roku temu bym się sama z siebie śmiała. Ale teraz, kiedy znów jest minus 10 za oknem, a moje ręce nie wyglądają jak po bitwie, to już się nie śmieję. Po prostu sięgam po ten mały, niepozorny słoiczek. Jeśli twoja skóra też się buntuje przeciwko zimie i wszystkim tym skomplikowanym kosmetykom, może warto dać szansę czemuś naprawdę prostemu. Ja swoją drugą porcję już mam. I chyba już tak zostanie.

Whipped Tallow Balm - Lavender

Whipped Tallow Balm - Lavender

Grass-fed whipped tallow balm

Shop on Etsy